13 Wrz

Dzień świstaka

Dzień Świstaka

Jest upalny, sierpniowy dzień. Na ulicach prawie pusto. Grzeje słońce, asfalt, drzewo, przejeżdżający autobus, powietrze. Trwa sezon urlopowy.

Poza tym nikt przy zdrowych zmysłach  nie wychodzi w południe w 40 stopniowy upał. Ja jestem w pracy i pędzę na umówione spotkanie. Pędzę to złe słowo. Sunę na spuchniętych nogach. Jeszcze mnie diabeł podkusił żeby obcasy założyć na ten cholerny skwar. Żelowe plastry, które jeszcze chwilę temu miałam na piętach zwinęły się w rulonik i uwierają w palce. Rano było całkiem  znośnie ale w tej chwili jestem jak postać z radzieckiej kreskówki. Jeśli podfrunie motyl i usiądzie mi na nosie wyłożę się jak długa.

Nagle na wysokości sądu, tuż przy przystanku autobusowym, przemyka obok mnie z impetem młody, żwawy rowerzysta i lekko, no ale jednak, potrąca mnie swoim wypasionym bicyklem. Kierownica i dzwonek wbijają mi się w biodro. Uginam  się  na mocno sfatygowanych kończynach a rozgrzane lakierki rozjeżdżają się na boki.  Kontruje ostro szpilkami i w ostatniej chwili  łapię równowagę. -No Ci młodzi to już za grosz szacunku dla ludzi nie mają! W biały dzień rozjadą Cię jak żabę! Otwieram szerzej usta żeby mu jeszcze więcej nawtykać a ten hamuje gwałtownie aż dym idzie spod opon, złazi z roweru i biegnie prosto do mnie. Zamarłam w bezruchu, przymknęłam usta i zastanawiam się co zrobiłby mój dobry kolega Paweł: strażak pożarny.

Po pierwsze bez paniki. Po drugie krzycz „pali się”.

Na złodzieja ludzie nie reagują. Proś o pomoc konkretną osobę. Tłum jest anonimowy. Tylko, że jak na złe nie ma  żadnego tłumu. Nie ma nikogo. Jestem tylko ja i mój oprawca. Młody, nie zrażony bliskością wymiaru sprawiedliwości, jest coraz bliżej mnie a ja, mimo 40 stopni na plusie, zmrożona . Nie mogę się poruszyć. Nie mogę wykrztusić ”pali się”.

Za to  złoczyńca w mig zeskakuje z roweru. Czapka z daszkiem do tyłu. Na szyi tatuaż. Bez koszulki. No tak, wiadomo. Wyciąga łapę w moim kierunku i …..stęka: bardzo przepraszam, czy nic się pani nie stało? Ustawia mnie do reszty pionowo, wciska stopy w lakierki i podnosi torebkę.

Nie, nic mi nie jest – bełkoczę zdezorientowana. -Jeszcze raz Panią przepraszam. Jest mi bardzo  przykro. Wiem, że nie powinienem tędy jechać, ale spieszę się na dworzec. Moja dziewczyna….Stoję jeszcze chwilę w szoku. On cofa się wolno, wsiada na rower i odjeżdża. Chcę za nim pobiec, zapytać kim są jego rodzice, wychowawca, gdzie chodzi do kościoła. Przecież nie mogę tego tak zostawić. Trzeba go sklonować, zahibernować, pobrać nasienie do banku.  Takich  ludzi już nie ma.

Jak to nie ma? Przecież on był prawdziwy. Najprawdziwszy. To mi się nie śniło. Zdejmuję trzewiczek. No proszę, obcas zmasakrowany. To mój corpus delicti.

Teraz siedzę i marzę, że jutro pójdę tą samą trasą a on mnie znowu przejedzie, zatrzyma rower….itd.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *