06 Gru

Opowieść przedwigilijna

Opowieść przedwigilijna

Kiedyś wszystko było inaczej. W latach 80-ch nikt nie martwił się czy Święta będą w śniegu. To, że będą było tak pewne jak dostawa kubańskich pomarańczy, które dobijały do portu w Gdyni dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem. Cały naród w napięciu śledził losy cytrusów w jedynym programie czarno-białej telewizji.

Nie lubiłam tego oczekiwania i tej niepewności. Nigdy nie wiedziałam gdzie spędzimy Boże Narodzenie. Czasami jeździłyśmy z mamą do jej siostry, czasem szłyśmy do sąsiadki albo zostawałyśmy same. Wszędzie czułam się jakbyśmy były tam na przyczepkę, zaproszone ze smutnej wigilijnej gościnności i z całą pewnością nie było w tym żadnej magii.
Czasem czułam „atmosferę świąt” za sprawą moich szkolnych koleżanek. W ich domach przesiąkałam zapachem migdałów, makowca i cynamonu, pomagałam szykować nie moje prezenty i ubierać nie moją choinkę. Gdybym zniknęła nikt by nie zauważył.

Wtedy wymyśliłam DOM. Miał dwoje rodziców i dwoje dzieci. Byli razem. Rozmawiali ze sobą, śmiali się i jedli przy wspólnym stole. Po środku domu stała choinka taka z pocztówek cioci Lucyny z Ameryki: olbrzymia, kolorowa, błyszcząca.

Jest początek grudnia 1992. Brnę po zaśnieżonych piotrkowskich chodnikach z pracy do domu mijając rozświetlone wystawy sklepów. Udziela mi się przedświąteczny nastrój: duma, radość, spełnienie. Za dwa tygodnie pierwsze święta we własnym domu, z mężem, w 30 –metrowej kawalerce na 4 piętrze. Gniazdko jest mocno zrujnowane i bez mebli. Po jego zakupie jesteśmy kompletnie spłukani. No nie tak zupełnie. Właśnie odebrałam w pracy 200 zł. świątecznej nagrody: będą prezenty.

Nagle przed oczami wyrasta mi choinka z pocztówki cioci Lucyny: ponad dwumetrowe cudo, sztuczne ale z przepięknymi długimi , miękkimi igłami, w sam raz do naszego „ apartamentu”.

Wchodzę do sklepu: Ile ? – pytam drżącym głosem. – Dwieście – odpowiada z uśmiechem Pani. Wyciągam portfel. Mam świeżo nabyte dwie stówy i kilka groszy. Znowu jest mi słabo i kręci mi się w głowie. Muszę jeszcze odebrać po drodze wyniki- myślę. Ostatnio nie czuję się dobrze. – Mogę zapłacić 150 zł. To moja pierwsza choinka. Nie mam bombek, nie postawię gołej- tłumaczę rezolutnie. A niech tam, w końcu idą święta-odpowiada z uśmiechem Święta Śnieżynka.

Stara fabryka bombek jest w drugim końcu miasta. Tam będzie najtaniej. Nawet nie myślę o autobusie. Po co wydawać pieniądze? Przystaję co sto metrów żeby odpocząć. Pudło z sekwoją rozlatuje się na wszystkie strony a ja razem z nim. Znowu te mdłości. W przyfabrycznym sklepie wybieram najtańsze czerwone bombki z duża ilością złotego brokatu. No cóż, prezentów nie będzie ale mamy choinkę. W powrotnej drodze wpadam do przychodni obładowana jak wielbłąd. Znajoma pielęgniarka wciska mi wyniki i krzyczy: niech pani tak nie biegnie, ślisko jest.

Wdrapuję się na czwarte piętro i opadam na staryfotel. Po chwili wyciągam z kieszeni wyniki badań i zamieram. W oczach mam łzy. Mąż jeszcze w pracy na dyżurze. Jestem z tym sama. Muszę mu o tym powiedzieć jeszcze dziś. – O, kupiłaś choinkę – woła od progu uradowany. Zobacz to – podaję mu mokrą od śniegu kartkę. Erytrocyty, hemoglobina, hematokryt…- czyta głośno. Próba ciążowa dodatnia…- Czy to znaczy, że jesteś w ciąży, czy że nie jesteś? – pyta, po męsku nie rozumiejąc. To znaczy, że jestem – odpowiadam z radością. Właśnie wykonaliśmy 4/5 planu: dwoje rodziców, dwoje dzieci, choinka.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *