23 wrz.

Jak wytrwać w drodze do celu?

To NIE jest wpis dla tych którzy, zaczynają, realizują i szczęśliwie kończą swoje projekty. Bez wątpliwości, blokad i sabotującego perfekcjonizmu. Mają jasny plan, który wdrażają  z determinacją uciekiniera z Guantanamo.

To JEST wpis dla tych, którzy, tak jak ja, myślą za dużo, międlą po tysiąckroć każdą pojawiającą się opcję i szukają rozwiązania idealnego. Do tego kochają energię narodzin, otwarcia i napędza ich wieczne wkopywanie kamienia węgielnego pod realizację nowego wyzwania.

Czy jest dla nas ratunek, czy jesteśmy skazani na dożywotnie niespełnienie? Dziś dzielę się moimi odkryciami, które mogą pomóc, ale tylko osobom  podobnym do mnie.

Odkrywam prawdę o sobie i akceptuję ją

Każdy z nas jest jakiś i naszym obowiązkiem jest poznać siebie najszybciej jak to możliwe. Stanąć ze sobą twarzą w twarz, zajrzeć do swojego wnętrza, nawet jeśli bardzo boimy się, co możemy tam spotkać. Musimy to zrobić, bo tylko wtedy mamy szansę napisać instrukcję obsługi siebie i odrzucić dobre rady, którymi karmią nas inni. Oczywiście warto słuchać, ale nie przyjmować ich bezkrytycznie.  Moim największym odkryciem jest oczywisty skądinąd fakt, że jestem inna od innych. Wiele rzeczy robię inaczej, czuję inaczej i na inny sposób jestem szczęśliwa.

Nie oceniam jaka jestem, szukam na siebie metody

Wiedza o sobie, o tym jak działam, pozwoliła mi stworzyć przepis na siebie. Gdzie czyhają pułapki, w które zawsze wpadam, co mnie osłabia, a co wzmacnia? Na co daję się nabrać, a co wzbudza mój sprzeciw? Nie oceniam moich predyspozycji, nie cenzuruję, nie walczę ze “słabościami”. Za pomocą autorefleksji, opinii bliskich mi osób i wyników dostępnych testów (np. test Gallupa) beznamiętnie robię autodiagnozę.

Odkrywam siebie. Gallup mówi, że jestem aktywatorem. Kręci mnie rozpoczynanie, zagrzewanie innych do działania i energia startu. Moją mocną stroną jest kolekcjonowanie wiedzy z różnych dziedzin, komunikowanie i snucie opowieści. Lubię szybkie efekty. Nie dla mnie odroczona gratyfikacja i wytrwałość maratończyka. Potwierdzają to moje obserwacje. Test na motywację wskazuje z kolei, że lubię sprawczość i wpływanie na innych. Wiem też o sobie, że jestem perfekcjonistką i to mnie często gubi. Stale jestem w szponach nikomu niepotrzebnej doskonałości.

Te wszystkie informacje o sobie  trzeba wykorzystać dla dobra sprawy. Zazwyczaj mamy wystarczającą wiedzę o projekcie i żadnej o sobie. A to właśnie ten deficyt nie pozwala nam działać konsekwentnie i  z lekkością.

Sporządzam instrukcję

Robię listę ryzyk, które wypływają z tego jak działam i wymyślam dla nich rozwiązania. Nie przysięgam sobie, że tym razem będzie inaczej, że się naprawię.  Akceptuję siebie z dobrodziejstwem inwentarza i nie odpuszczam tego, na czym mi naprawdę zależy. Mój projekt to książka. Tu nie ma szans na szybki efekt i wieczną energię otwarcia. Jak mogę się do tego przygotować, żeby mieć  kontrolę nad realizacją mojego marzenia?

Upewniam się, że projekt jest mój

To absolutnie podstawowy warunek powodzenia, niezależny od tego jak działamy i co planujemy.  Czy to czemu zamierzam poświęcić czas i energię nie jest przypadkiem spełnieniem marzeń rodziców, a nie moich własnych? A może jest efektem zazdrości, albo wyobrażeniem, że jak to zrobię, poczuję się w określony sposób. Albo, że z jakiegoś powodu powinnam, albo dobrze byłoby to zrobić. Uważam, że każdy powód jest dobry, o ile pragniemy go z całych sił. I wcale nie musi od razu zbawiać świata. Na początek może po prostu być dobry dla nas. Ja piszę książkę, bo mam coś do powiedzenia moim córkom i innym kobietom. Chcę, żeby nie błądziły w życiu tak długo jak ja. Chcę mieć wpływ i sprawczość. Na razie wszystko się zgadza.

Sprawdzam co mnie wesprze

Można wystartować z niczym, ale startując z czymś, szybciej będziemy dalej. Opierając się na mocnych stronach,  gwarantujemy sobie lepszą skuteczność, ale i zabawę. Przeszkód po drodze i tak  będzie wiele, więc dlaczego nie ułatwić sobie działania już na początku? Warto nie tylko znać swoje mocne strony, ale też świadomie  z nich korzystać. Gallup potwierdza to co sama czuję, że komunikacja i snucie opowieści to moje mocne strony. Piszę książkę – poradnik dla kobiet, a dlaczego nie kronikę klasztorną? Lubię gromadzić ludzi wokół wspólnej idei, porywać, rozmawiać. Klasztor więc odpada. Wiem o sobie, że rozkwitam w interakcjach. Będę dużo rozmawiać z kobietami i to mnie będzie nakręcać. Mocne strony odhaczone.

Dzielę projekt na małe elementy, żeby móc ciągle zaczynać

Od pomysłu do wydania książki mija zazwyczaj sporo czasu. Dotyczy to w szczególności debiutantów, czyli mnie. Jak się nie znudzić podczas tej długiej i mozolnej podróży. Może napisać kilka felietonów albo  postów i opublikować je na blogu? Będzie szybko, ale radość zaczynania, którą tak lubię, wątpliwa. Na dodatek bardzo chcę, żeby to, co proponuję w książce było procesem. Wierzę w trwałą zmianę tylko wtedy, gdy jest ona wynikiem głębszej refleksji i konkretnych działań. Sama krótkotrwała inspiracja to za mało.  Mogę to osiągnąć tylko poprzez wydanie książki. Dlatego postanawiam, że każdy rozdział jest nowym projektem. Każdy zaczynam i kończę z przytupem, świętuję. Dzielę przysłowiowego słonia na kawałki, dzięki czemu mam kilka, a nie jedną ucztę. Za każdym razem jest energia początku, która tak lubię.

Znajduję kogoś, żeby mnie pilnował

Mimo dużego doświadczenia przy realizacji projektów, wiem, że potrzebuję ciągłego mentalnego wsparcia i potwierdzania, że idę właściwą drogą. Mam przyjaciół i proszę ich o pomoc. To oni pilnują mojej motywacji i robią to w sposób, który nie wywołuje we mnie poczucia winy. Maria czuwa nad książką. Sprowadza mnie na ziemię, kiedy pragnienie bycia perfekcyjną zabiera mi resztki zapału.  Daje mi prawo do bycia sobą, bo wie jak dużą wartością jest dla mnie autentyczność. Pilnuje, żebym nie karmiła zbyt długo problemów moją uważnością, bo wie, że wtedy rosną do monstrualnych i kompletnie nieadekwatnych rozmiarów. Tak, mam obok ludzi, którzy urealniają obawy nadgorliwca, jakim jestem i nie pozwalają mi przestać, gdy wieje nudą.

Uważam na pułapki perfekcjonizmu i przekonań

Perfekcjonizm to lęk przed oceną i śmiesznością. Chcemy być perfekcyjni, bo wydaje się nam, że wtedy nikt nas nie zrani. To oczywiście błędne koło, bo w pogoni za doskonałością wpadamy w różne pułapki. Jedną z nich jest przekonanie, że moje dzieło jest potwierdzeniem mojej wartości. Jeśli poniosę porażkę to jestem do niczego. To absurd. Ja to nie projekt, który właśnie realizuję. Wciąż muszę sobie o tym przypominać. Podobnie jak i o tym, że przecież nie chodzi tylko o zrealizowanie marzenia, ale też o ciekawość i sens tego, co wydarzy się po drodze.

 

    Komentarze

  1. 25 września 2020

    Jolu, doskonały wpis. Jesteśmy bardzo podobne w działaniu. Chcę ciągłego ruchu i chcę szybko, a perfekcjonizm sprawia, że porzucam wiele projektów. Uczę się to powoli akceptować i szukam na siebie własnych patentów. Twoja opowieść jest nadzieją, że można i nie zawsze trzeba lepiej, szybciej i więcej. Trzymam kciuki za książkę

    Odpowiedz
  2. 22 listopada 2020

    Dziękuje Monika, przepraszam, że tak późno odpisuję, ale pochłonęła mnie książka i na troche wypadłam z sieci. Ksiązka coraz bliżej 🙂

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *